I wyjdą na górę do słońca…


Po wygranej wojnie z Niemcami wszyscy Żydzi z ”Krysi” wyjdą na górę do słońca jako wolni ludzie i zaczną nowe życie

– takie wizje powojennej rzeczywistości roztaczał przed swoimi podopiecznymi człowiek, mieszkaniec Ochoty, który odważył się przeciwstawić niemieckiemu okupantowi i z pomocą najbliższych, przez niemal dwa lata, z niezwykłym wręcz poświęceniem i heroizmem, walczył o przetrwanie kilkunastu zbiegłych z getta Żydów. Życie niestety dopisało do tej historii całkiem inny, tragiczny scenariusz.

Najprawdopodobniej na skutek donosu niemieckiego konfidenta, Jana Łakińskiego, zresztą niedługo potem rozstrzelanego z wyroku Sądu Specjalnego OW AK za „współdziałanie z okupantem w prześladowaniu i tropieniu obywateli polskich pochodzenia żydowskiego”, kryjówka została zdemaskowana, doszczętnie splądrowana i spalona. Jej mieszkańców, 38 Żydów wraz z ich 2 opiekunami, Mieczysławem Wolskim i Januszem Wysockim, aresztowano i osadzono na Pawiaku a następnie po 3 dniach zamordowano w ruinach getta. Pozostali członkowie rodziny, matka i 2 córki, tylko cudem uniknęły śmierci. Po pewnym czasie powróciły do całkiem opustoszałego i zrabowanego domu. Zostały skazane na społeczny ostracyzm. Do końca wojny zmuszone były zmagać się z ludzką wrogością i ciągłym lękiem o własne życie.

O tych tragicznych wydarzeniach sprzed 63 lat, rozgrywających się przy Grójeckiej 77 (według dawnej numeracji 81), przypomina dziś jedynie skromna, mijana pośpiesznie, często wręcz niezauważana przez przechodniów tablica pamiątkowa… A szkoda, bo była to bodaj największa w okupowanej Warszawie zorganizowana akcja ratowania Żydów, akcja powstała w wyniku porozumienia państwa Wolskich, rodziny ochockich ogrodników, z tajnymi organizacjami w getcie, działającymi jeszcze przed powołaniem do życia „Żegoty”.

Trudno powiedzieć, co przesądziło o podjęciu tak niezwykle odważnej decyzji przez Wolskich. Czy żywe wciąż tradycje niepodległościowe rodziny, czy też pośrednictwo młodej Żydówki, działającej w konspiracji pod pseudonimem „Wiśka”, którą to państwo Wolscy z początkiem 1942 roku przygarnęli pod swój dach? Jedno jest pewne, z pomocą kilku Żydów, przyszłych mieszkańców kryjówki, zbiegłych wiosną tegoż roku z warszawskiego getta, zbudowano ziemiankę, w której w latach 1942-1944 znalazło schronienie 10 rodzin żydowskich, wywodzących się głównie ze środowisk inteligenckich, w sumie 40 osób. Wśród nich był m.in. znany historyk Emanuel Ringelblum.

Usytuowane w głębi jednohektarowego ogrodu pomieszczenie o powierzchni około 28 m², składające się z izby jadalno-sypialnej wyposażonej w prycze, ławki oraz stół, prowizorycznej kuchni oraz ubikacji, ze stałym dostępem do bieżącej wody i prądu, stwarzało całkiem znośne, jak na realia wojenne, warunki egzystencji i stało się domem na blisko 2 lata dla ludzi, którym hitleryzm odmówił prawa do życia.

Było to jednak życie niewyobrażalnie trudne: w ciasnym, przeludnionym, pozbawionym dopływu świeżego powietrza i światła słonecznego pomieszczeniu, a przy tym napiętnowane ciągłym strachem o los własny i nierzadko pozostawionych w getcie bliskich.

Rytm życia mieszkańców „Krysi”, jak pieszczotliwie nazywano kryjówkę, wyznaczały godziny pracy zatrudnionych w pobliżu schronu robotników. Względy bezpieczeństwa zmuszały jej lokatorów do wielogodzinnego wegetowania w warunkach absolutnej ciszy, przy zaledwie nikłym świetle świec karbidowych. Dopiero wieczorem schron budził się do życia. Zapalano wtedy światło, przygotowywano jedyny w ciągu dnia posiłek, w miarę możliwości wychodzono na krótki spacer po ogrodzie.

Co niezwykłe w tych warunkach, mieszkańcy kryjówki starali się również prowadzić aktywne życie intelektualne. W ramach programu samokształceniowego intensywnie uczyli się języków obcych, organizowali liczne pogadanki, w których niejednokrotnie udział brali najmłodsi członkowie rodziny Wolskich.

Prowadzenie schronu wymagało od państwa Wolskich bezwzględnego, bezgranicznego wręcz oddania, nieustannej opieki, całkowitej wyłączności. I dokładnie tak swoją rolę rozumiała ta 8-osobowa rodzina, złożona z matki, sześciu dorosłych dzieci oraz wnuka, dla której przez niemal dwa lata potrzeby, troski i radości mieszkańców „Krysi” stanowiły integralną część życia. Dla nich Wolscy zrezygnowali z w miarę ustabilizowanej, spokojnej, jak na warunki wojenne, egzystencji, z wszelkich kontaktów towarzyskich i zawodowych, a nawet pokusili się o uruchomienie na parterze kamienicy sklepu spożywczego mającego maskować ciągłe dostawy żywności dla schronu. Wzięli na swoje barki niewyobrażalnie ciężkie, ze względu na tak liczną grupę ukrywanych zbiegów, obowiązki, jakie komórki konspiracyjne w owym czasie powierzały kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu osobom. Bezpośrednią opiekę nad mieszkańcami schronu sprawowały cztery osoby: 32-letni Mieczysław Wolski, jego 65-letnia matka Małgorzata, 20-letnia siostra Wanda oraz 18-letni siostrzeniec, Janusz Wysocki. Z czasem jednak wymogi codziennego, niezwykle trudnego życia wciągnęły do tej heroicznej pracy kolejnych członków rodziny, córki Leokadię Borowiakową, Marię Czekajewską (obie mieszkały przy Grójeckiej), Eugenię Warnocką oraz Halinę Michalecką.

Osobą odpowiedzialną za całość akcji, jej powodzenie, był Mieczysław, człowiek, o którym Ringelblum pisał, iż jest mózgiem „Krysi”. W jego gestii leżało zapewnienie schronowi szeroko rozumianego bezpieczeństwa, jak również organizowanie może prozaicznych, ale jakże istotnych, niezbędnych jeśli chodzi o prawidłowe funkcjonowanie kryjówki spraw, m.in. zapewnienie dostaw żywności, wywozu nieczystości, pozyskiwanie potrzebnych środków finansowych. Małgorzata była z kolei sercem „Krysi”. Niczym matka z ogromną troską czuwała nad swoimi „dziećmi”, służyła im dobrą radą, pociechą, duchowym wsparciem. Każdego ranka witała swoich podopiecznych uśmiechem oraz kubkiem gorącego mleka. Ta niepozorna, starsza kobieta dokonywała również rzeczy niezwykłych. Rozumiejąc doskonale tęsknotę „Krysiowiczów” za swoimi bliskimi, zwłaszcza matek żyjących w ciągłym strachu i niepewności o losy swoich dzieci pozostawionych, w oku cyklonu działań wojennych, inicjowała i odnawiała zerwane przez wojnę kontakty. To dzięki jej staraniom te udręczone, żydowskie matki odzyskiwały utracony spokój i długo oczekiwane ukojenie, nabierały sił i chęci do dalszej walki o przetrwanie. Kolejny opiekun, Janusz, młody chłopak był „aniołem stróżem” „Krysi”. Całymi dniami, z pełnym poświęceniem trwał na swoim posterunku, strzegąc jego mieszkańców przed wszelkimi możliwymi zagrożeniami, kręcącymi się w pobliżu robotnikami, wścibskim wzrokiem sąsiadów, szmelcownikami, czy krążącą nieustannie po ulicach żandarmerią wojskową. Umówionym znakiem ostrzegawczym były poszczególne zwrotki znanej piosenki Warum, którą z czasem zastąpiono kryptonimową nazwą schronu Krysia, co oznaczać miało kryj się! Innym obowiązkiem Janusza było zaopatrywanie kryjówki w żywność, usuwanie nagromadzonych w niej w ciągu dnia nieczystości. Czynności te, wykonywane każdego dnia pod osłoną nocy, dzielił ze swoją ciotką, właściwie swoją rówieśnicą, Wandą. Warto też wspomnieć o pozostałych siostrach. Leokadia prowadziła dla „Krysiowiczów” wspomniany wcześniej sklep spożywczy, Maria, z zawodu pielęgniarka, zapewniała ukrywającym się ludziom niezbędną opiekę medyczną, Halina i Eugenia załatwiały rozliczne sprawy swoich podopiecznych na mieście, były swoistymi łączniczkami między ludźmi uwięzionymi w bunkrze a światem zewnętrznym.

Aż nadszedł tragiczny w skutkach 7 III 1944 roku. Dzień, który ostatecznie zniweczył dwa lata usilnej walki o przetrwanie, pielęgnowane skrzętnie marzenia o upragnionej wolności, o życiu w powojennym, lepszym świecie, pozbawionym uprzedzeń rasowych, nienawiści i przemocy. Ranem na teren posesji nieoczekiwanie wtargnęli Niemcy wraz z granatową policją. Brutalnie rozprawili się z mieszkańcami ziemianki i ich opiekunami. Trzydziestu ośmiu Żydów, potwornie zmasakrowanego Mieczysława Wolskiego, Janusza Wysockiego oraz Marię Czekajewską (niedługo potem uwolnioną) załadowali na ciężarówki i wywieźli w ich ostatnią drogę na Pawiak. Mieczysław Wolski mimo świadomości zbliżającej się śmierci, bity i lżony przez oprawców za wszelką cenę próbował ratować pozostawionych w domu bliskich.

Tak, chciałem tych ludzi ratować – krzyczał – ale tylko ja jestem odpowiedzialny, moja matka i siostry nic o tym nie wiedziały. Zabijcie mnie ale zostawcie moją rodzinę w spokoju. Oni są niewinni.

To pozwoliło na chwilę odwrócić uwagę oprawców i dało kobietom możliwość znalezienia bezpiecznego schronienia. Odwadze syna i brata zawdzięczały swoje ocalenie.

Postawę tej niezwykłej rodziny docenił Instytut Yad Vashem. Dnia 4 czerwca 1989 roku pięciu jej członków: Małgorzata, Mieczysław, Halina, Wanda i Janusz zostali przyjęci w poczet „Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.

Beata Sędłak

4 Comments:

  1. Pingback: Nie mogłam o tym nie wspomnieć « BiblioTEKA com

  2. Pingback: Nie mogłam o tym nie wspomnieć « Moja biblioTEKA

  3. Moja mama mieszkala w domu u panstwa Wolskich wszysko pamieta jest chyba ofiara tamtych czasow, ale nie chce nic powiedziec o sobie. Jest chyba Zydowka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *